polonka54
polonka54.blog.interia.pl
<< Maj 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031
Archiwum
Rok 2012
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień


 N I E M E N


Pod  Papugami









Dziwny jest ten
      Świat
 


















S E N    O
WARSZAWIE
 


















Mów  do  mnie
    jeszcze


Notki
25 kwiecień 2008
           cd.          H I S T O R I I

Czekali jeszcze około 10 minut, aż zza rogu domu wyszedł pan Włodzimierz. Nie szedł a prawie biegł w kierunku samochodu.
- No wiecie co, musiałem jeszcze jak na złość odebrać trzy telefony i potwierdzić jadłospis na jutro. Wszystko załatwiłem i możemy wreszcie jechać. Bardzo was przepraszam, że czekaliście - pan Włodzimierz jednym tchem wrzucał z siebie słowa.
- To co, jedziemy ? - zapytał Max.
- Jedziemy ! - chórem odpowiedziała reszta.
- To którędy jedziemy, jakieś propozycje usłyszę ?
- Maax !  Jedź kochańciu przed siebie, co się głupio pytasz - odpowiedziała wesoło pani Juta. Samochód ruszył, wyjechał zza pensjonatu na podjazd i wolniutko włączył się do ruchu. Max musiał teraz skupić się na prowadzeniu i mieć oczy dookoła głowy, ale i tak musiał coś powiedzieć.
- Babciu !  Co sprawiło, że masz taki humor ? - spytał.
- No i masz babo placek !  - wykrzyknęła pani Juta - a on znowu zadaje głupie pytania - zaśmiała się - jedziemy przecież na
 wspaniałą wycieczkę do ZAJAZDU, nie byliśmy tam bardzo dawno. Tak dawno, że nasz Włodzimierz zapomniał jak nazywa się to miejsce, prawda ? - i znacząco spojrzała na pana Włodzimierza.
- Oho, i teraz panie będą mi wypominać do końca życia, że mam sklerozę, ha ha ha . . . . . - roześmiał się pan Włodzimierz i puścił do Soni oko, która siedziała przed nim z odwróconą w jego kierunku głową i też się śmiała. Nastrój był wyśmienity. Grupa przyjaciół była w doskonałych humorach. 
- Czy ja i Sonia, usłyszymy od was, po co jedziemy do tego
 ZAJAZDU ? - spytał Max, zniecierpliwiony i zaciekawiony.
- Kto młodym, ciekawskim i niecierpliwym ludziom powie dokąd jedziemy ?- ciągnął dalej wesoło pan Włodzimierz.
- Ja powiem, ja powiem ! - jedna przez drugą i ze śmiechem wołały panie, Juta i Grażyna. Widać było, że czwórka starszych państwa jest w wyjątkowo dobrym humorze.
- Ludzie !  Co wam się stało dzisiaj, pod moją krótką nieobecność, co ? Już dawno się tak nie cieszyliście ? - zawołał Max i spojrzał w przednie lusterko, by lepiej widzieć rozbawionych dziadków i wujostwo. 
- Chłopcze !  To ty nie wiesz, przecież jedziemy po twoją Mamę ! - wykrzyknął pan Włodzimierz, i nagle po jego słowach zrobiło się śmiertelnie cicho w samochodzie.

Takiego gwałtownego hamowania i pisku opon świat nie widział i nie słyszał w tej okolicy. Samochód stanął na poboczu a Max bardzo wolno odwrócił się do starszych państwa.
- Wujku !  Czy możesz to powtórzyć ? - poprosił bardzo stanowczo Max. Był zdenerwowany. Reszta towarzystwa uspokoiła się i spoważniała. 
- Przepraszamy cię drogi chłopcze, nie gniewaj się na starych ludzi, których dzisiaj rano dopadło olśnienie takie, że nie możemy się uspokoić jak widzisz - powiedział bardzo poważnie pan
 Włodzimierz.
- Słuchaj Max, jak wyszłeś po Sonię, to Wit i Włodzimierz zastanawiali się, którędy ewentualnie poprowadzić poszukiwania i wpadli na pomysł, by pojechać do ZAJAZDU, bo tylko tam nikt nigdy nie pojechał sprawdzić okolicy po zejściu lawiny - zaczęła opowiadać pani Juta - dlatego jesteśmy w tak dobrych humorach. I wiesz co ci powiem mój drogi wnuku, jestem przekonana, że coś znajdziemy właśnie tam. Wszyscy jesteśmy przekonani, że znajdziemy tam klucz do właściwego zamka, jak to powiedział Włodzimierz - skończyła mówić, wszyscy patrzyli teraz na Maxa i widzieli, jaki szok wywołały na nim te słowa. Chłopaka jakby zamurowało, nic nie mógł powiedzieć. Milczał. Odwrócił się do kierownicy, popatrzył przez szybę, odpiął pasy i wysiadł z samochodu. Pan Włodzimierz chciał biec za nim, ale powstrzymał go pan Wit. 
- Niech będzie przez chwilę sam -  poprosił przyjaciela.
- Jak sobie życzysz, naturalnie  - odpowiedział pan Włodzimierz.
Atmosfera stała się napięta do granic możliwości. Sonia wyczuwała to całym swoim ciałem, siedziała sztywno na swoim siedzeniu i nie śmiała się ruszyć ani oddychać. Pani Juta nie wytrzymała napięcia. 
- Idę do niego - powiedziała i wysiadła z samochodu. Bardzo wolno podchodziła do wnuka. Miała mieszane uczucia i właściwie nie wiedziała co mu powiedzieć, serce nic jej nie podpowiadało. Podeszła do chłopaka bliżej, stał oparty o drzewo plecami do niej i dziwnie się trząsł. Zrozumiała. Max płakał.
24 kwiecień 2008
            cd.         H I S T O R I I

- No tylko popatrzcie, jak mu śpieszno do dziewczyny - próbował rozładować ciężką atmosferę pan Wit. Ale była to tylko próba. Czwórka przyjaciół siedziała przy stole milcząc. Mijały długie minuty jedna za drugą. Wreszcie pani Grażyna nie wytrzymała. 
- Pójdę zrobić świeżej kawy - poinformowała towarzystwo.
- To ja pójdę z tobą - odezwała się pani Juta. Panowie zostali sami. Ciszę przerwał pan Włodzimierz.
- Tak zastanawiam się, czego nie dopilnowaliśmy wtedy, w czasie pierwszych poszukiwań i nic mi nie przychodzi do głowy - powiedział i popatrzył na pana Wita.
- Taaak, no taak - zamruczał pan Wit - a ja sobie myślę, że szukaliśmy nie tam, gdzie trzeba było szukać. Nie daje mi spokoju myśl, że przeoczyliśmy jedno miejsce. Pamiętasz, jak zeszła lawina to była ona jakaś inna niż inne lawiny. Krótka, ale bardzo szeroka, swoimi brzegami sięgała z lewej strony tej małej wioski. Nie pamiętam jej nazwy, zaraz sobie przypomnę. Tam jest dosłownie parę tylko domów, i o ile pamiętam, to chyba nikt w tamte okolice nie zaglądał, co ? - myślał na głos pan Wit - za Boga nie mogę sobie przypomnieć nazwy tej wioski.
- Wiesz, ty chyba masz rację. To może być to, przyjacielu. To może być to. Wiedziałem że czegoś mi tu brakuje, cały czas wiedziałem, że czegoś mi brakuje - powtórzył energicznie pan Włodzimierz.
- Mój Boże !  To może być to - wykrzyknął jeszcze raz pan Włodzimierz i zerwał się na równe nogi - dziewczyny, chodźcie tu do nas, chodźcie ! - zawołał.  Obie panie pędem przybiegły z drugiego końca wielkiej kuchni.
- O co chodzi mój drogi ? - zapytała pani Grażyna.
- Czy pamiętasz jak nazywa się ta wioska, gdzie jest kilka domów z czerwonymi dachami ?  Kiedyś zastanawialiśmy się, czy podobnego dachu nie zrobić w pensjonacie. Pamiętasz ? - zapytał żonę podekscytowany pan Włodzimierz.
- Ta wioska nazywa się ZAJAZD, od "Zajazdu pod Trzema Domami" - odpowiedziała pani Grażyna mężowi.
- No tak, masz rację moja droga, nawet myśleliśmy, że to pomyłka, że to nie ZAJAZD ale  ZJAZD. Teraz już wiesz Witku - zwrócił się do przyjaciela pan Włodzimierz - to jest ten brakujący element. To klucz do właściwego zamka.

W powietrzu unosiła się adrenalina, a jej ciężar czuli wszyscy obecni. Stali i patrzyli na siebie i wiedzieli, że myślą o tym samym. Nagle zrobiło się zamieszanie w drzwiach wejściowych, to Max i Sonia przyszli, słychać ich było aż w kuchni, tak głośno rozmawiali.
- I co Dziadku, wymyśleliście coś ? - zapytał Max.
- Tak chłopaku drogi, właśnie w tej chwili wszyscy dokładnie wiemy co zrobimy. Bardzo dokładnie- odparł pan Wit - Zbierajcie się, Wszyscy się zbierajcie, jedziemy na wycieczkę do ZAJAZDU.
- Słyszałam tu od kogoś, że tam dobrze dają jeść - odezwała się Sonia.
- Tak dziecino, pojedziemy, zjemy, ale i poszukamy klucza - zacierając ręce powiedział pan Wit - Włodzimierzu !  O tym właśnie myślałeś co ?  Stary druhu, ha, widzisz jak ja cię dobrze znam ? 
- Tak, właśnie o tym myślałem Witku. No kochani, nie ma na co czekać, idziemy do samochodu - zdecydował pan Włodzimierz.
- Max, Soniu, chodźcie już, chodźcie, po drodze opowiemy wam wszystko - poganiał pan Włodzimierz.
- Ja też mam jechać ? - spytała Sonia. 
- Tak dziecino, ty też - potwierdził pan Wit i już wypychał wszystkich do wyjścia.
- Jedziemy moim samochodem bo jest większy - powiedział pan Włodzimierz - pakujcie się do samochodu a ja tylko powiem w recepcji że wyjeżdżamy i zaraz wrócę - Max, ty prowadzisz !  - zdążył jeszcze rzucić kluczyki od samochodu chłopakowi. Ten złapał je niemal w locie i podbiegł do samochodu otwierać drzwi i pomagać paniom wygodnie się usadowić.
- Ponieważ jest piękna pogoda, to przy okazji będziemy podziwiać piękne widoki po drodze - odezwała się pani Juta, która od pewnego czasu nic nie mówiła.
- A właściwie to dlaczego jedziemy właśnie tam, do tego ZAJAZDU ? - spytał Max.
- Jak przyjdzie Włodzimierz to wszystko ci powiemy - odpowiedziała pani Juta.
23 kwiecień 2008
              cd.          H I S T O R I I

Pani Grażyna szybko podała kawę i jabłecznika, towarzystwo siedząc przy stole delektowało się przez chwilę pierwszym łykiem kawy i pierwszym kęsem bardzo smacznego ciasta. Milczeli. Państwo Wirscy czekali taktownie aż ktoś pierwszy z gości zabierze głos, a państwo Tarczyńscy przez pierwsze minuty zbierali myśli. 
- Więc tak, jak wiecie moi drodzy - pan Wit zwrócił się do przyjaciół - zawsze mówiliśmy sobie o ważnych sprawach, zawsze radziliśmy sobie nawzajem w ważnych sprawach. Dzisiejsza, właśnie taka jest, bez waszej rady nie ruszymy do przodu, zaznaczam, że sprawa ta dotyczy też was. Na początku Max opowie wam swój sen - i tu spojrzał na wnuka.
- Ciociu, Wujku, dzisiejszej nocy przyśnił mi się Tato po wieloletniej przerwie. We śnie powiedział mi, tu cytuję, że "Ona przyjedzie do mnie" i żebym o tym nie zapomniał. A żebym nie zapomniał, to powtarzał mi kilka razy i zniknął. To tyle. Do rana już nie spałem, głupie myśli przychodziły mi do głowy, łącznie z tą, że Mama jednak żyje. Powiedziałem Babci i Dziadkowi, zdecydowaliśmy się wszystko wam opowiedzieć. Dziadek wpadł na pomysł, o którym teraz sam opowie - skończył mówić, a głos zabrał pan Wit.
- No więc sen Maxa to pierwszy powód naszej wizyty, drugi jest taki, że doszliśmy do wniosku, by wznowić poszukiwania naszej córki Soni. Przyznam się wam, że odkąd Max opowiedział nam swój sen, myśl ta nie daje mi spokoju. Jestem gotów poszukiwania zacząć choćby zaraz, ale wiem, że nie jest to łatwe, więc przyszliśmy do was naradzić się i poprosić twojego pracownika, Włodzimierzu, pana Nowickiego, by ten poprosił swojego brata i jego ekipę o zgodę na te poszukiwania. Chcielibyśmy, żeby to była ta sama ekipa poszukiwawcza, która pracowała dla nas przed laty. Co o tym sądzicie przyjaciele ? - kończąc swój wywód zapytał pan Wit. Nie minęła nawet minuta jak pan Włodzimierz zareagował.
- Tu nie ma się nad czym zastanawiać, przyjaciele. Już dzwonię do pana Nowickiego, jest w pracy to zaraz do nas przyjdzie - mówiąc to pan Włodzimierz podszedł do telefonu, chwilę z kimś porozmawiał i odłożył słuchawkę.
- Pan Nowicki zaraz do nas przyjdzie. Przygotuj moja droga jeszcze jedną filiżankę, dobrze - poprosił panią Grażynę.

W ciągu pięciu minut przybyła oczekiwana osoba. Pan Nowicki, wieloletni i zaufany pracownik państwa Wirskich. Teraz to już lekko szpakowaty pan, na jego twarzy widać było troskę, wiedział, że jak jest wzywany natychmiast, to ma rzucić wszystko i stawić się u pana Włodzimierza. Pan Nowicki to człowiek, na którym pan Wirski-Szczęsny nigdy jeszcze się nie zawiódł. Teraz usiadł przy stole razem z pracodawcą i jego przyjaciółmi, dostał kawę , kawałek ciasta i przez kilka minut słuchał co do niego mówiono. Od czasu do czasu kiwał głową, że doskonale wszystko rozumie. Po chwili gdy pan Włodzimierz skończył mówić, odezwał się.
- Na dzisiaj sprawa ma się tak. Mój brat dał swoim chłopakom wolne i porozjeżdżali się do domów na kilka dni, on sam jest gdzieś na jakiejś akcji. Jeżeli Szef pozwoli - tu zwrócił się do pana Włodzimierza - to wieczorem zadzwonię do brata i przedstawię mu sprawę, wcześniej nie chcę dzwonić do niego, bo może będę przeszkadzał mu w pracy. Jak dowiem się co i jak to zaraz do Szefa przyjdę i przekażę wszystko. Czy może tak być ?
- Jak najbardziej Panie Nowicki kochany, jak najbardziej. Cała sprawa nie jest priorytetowa, zaczekamy więc na wiadomości od Pana.
- Dziękujemy Panu, że zechciał nam Pan pomóc - powiedział zadowolony Max - bardzo dziękujemy.
- Nie ma sprawy proszę Pana, jestem jak to się mówi, zaangażowany w tę sprawę od początku do końca. Byłem wtedy z Państwem, będę i teraz - wstał od stołu, pożegnał się i wyszedł.
- To bardzo dobry człowiek ten pan Nowicki i oddany nam bardzo. Zresztą wiecie przecież, nie muszę wam mówić, prawda ? - odezwał się po chwili pan Włodzimierz.
- No to przynajmniej wiemy na czym stoimy, czekamy do wieczora, czy tak ? - spytała pani Grażyna.
- Max, drogi chłopcze, miałeś iść po Sonię to idź i zaraz tu z nią do nas przyjdźcie. Zastanowimy się co zrobić z resztą tak pięknego dnia - zdecydował pan Wit.
Chłopak zerwał się na równe nogi i tyle go widzieli.
22 kwiecień 2008
            cd.          H I S T O R I I

- Max !  Co ty masz na myśli, drogi chłopcze !-  wręcz wykrzyczała to pytanie pani Juta - wiesz przecież, że dopilnowaliśmy wszystkiego tak, jak się należy. Poszukiwania trwały wiele lat jeszcze od zejścia lawiny i nie znaleziono niczego, co świadczyłoby, że się mylimy.
- Tak Babciu, ale sama przed chwilą potwierdziłaś moją tezę, że Mama może żyje. Przecież jej samej nie znaleziono tak, tylko jakieś rzeczy. To wszystko ! - odpowiedział lekko podburzony Max. Dziadkowie dobrze wiedzieli, że chłopak nigdy nie pogodził się ze śmiercią matki i ojca. 
- Słuchajcie, nie ma się co tak podniecać, uspokójcie się i mówcie oboje ciszej bo słychać was napewno na korytarzu - uspokajał pan Wit - a swoją drogą kochańciu, to Max ma rację. To przecież prawda że nie znaleziono naszej córki, a z tego można wyciągnąć obustronny wniosek. Cała ta historia jest jakby nie dokończona. Jeżeli córka nasza żyje to dawno byśmy wiedzieli o tym, tak sądzę. Lecz jeśli nie żyje, to jedyne co mogę sobie pomyśleć to to, że po prostu jej nie znaleziono. Nie szukano tam, gdzie trzeba było szukać, a my chyba za szybko zrezygnowaliśmy, tyle wam powiem - po tonie głosu pana Wita poznać można było, że też jest tą sprawą podenerwowany.
- Dziadku, a co byś powiedział, gdybyśmy znowu zaczęli poszukiwania ? Są wakacje, ładna pogoda, teraz można dostać się w takie miejsca, gdzie wcześniej tej możliwości nie było. Może poprosimy brata pana Nowickiego i jego ekipę i zaczęlibyśmy wszystko od nowa, co ? - Maxa zaczął porywać jego własny pomysł, aż wyskakiwał ze skóry na samą myśl realizacji i zaczął chodzić po pokoju w tą i z powrotem. Pan Wit też zapalił się do tego pomysłu.
- Wiesz duszko, Max ma rację. Musimy jeszcze raz wszystko sprawdzić, musimy iść w miejsca, gdzie jeszcze nie byliśmy. Tak, to dobry pomysł, dziękuję ci synu, że powiedziałeś nam o swoim śnie. Tak, trzeba nam wziąć się do roboty. Wiecie co, idę do Włodzimierza, on też ma dobre pomysły, albo nie, chodźmy do niego wszyscy. Zbierajcie się, idziemy do Włodzimierza i Grażynki - widać było gołym okiem jak starszy pan zapalił się do działania. Pani Juta z uśmiechem obserwowała dwóch swoich mężczyzn. Najukochańszych na świecie.


Minuta, dwie i cała trójka gotowa była do wyjścia. Pan Wit cofnął się jeszcze po swój czarny notes, w którym miał ważne numery telefonów do ważnych osób. Może będzie tak, że trzeba będzie skorzystać z tych znajomości.
Pan Włodzimierz z żoną mieszkali obok pensjonatu w małym domku, około  100 metrowym, który spełniał wszystkie ich wymagania. Kiedyś domek ten służył pracownikom zatrudnionym w pensjonacie, dzisiaj ci sami pracownicy mają już swoje domy. Żeby dostać się do domku przyjaciół, państwo Tarczyńscy musieli obejść pensjonat dookoła i tam wśród pięknych ogrodowych kwiatów i krzewów stał śliczny biało-brązowy domek, stwarzający wrażenie małego dworku. Państwo Wirscy dumni byli ze swojego domu, ponieważ posiadał on dokumenty stwierdzające, że jest zabytkiem,  a więc pod ochroną, która zabrania jakichkolwiek zmian budowlanych. Domek musi stać w stanie nienaruszonym. Państwu Wirskim nigdy nie przyszło do głowy, by ten stan rzeczy uległ zmianie.  Max wyrwał się pierwszy i zapukał do drzwi. Nie musieli długo czekać, po chwili w drzwiach stanęła pani Grażyna i z uśmiechem na twarzy zrobiła zapraszający gest, by weszli do środka.
- Witacie kochani, właśnie postawiłam wodę na kawę, mam też dobrego jabłecznika, chodźcie, chodźcie do kuchni bo tam właśnie siedzimy. 
- Ooo, powitać, powitać ! - wykrzyknął radośnie pan Włodzimierz widząc wchodzących przyjaciół - chodźcie, właśnie mamy zrobiony świeżo jabłecznik, a i kawa za chwilę będzie - wprawdzie pan Włodzimierz mówił wesoło, ale swoim doświadczonym okiem zauważył, że państwo Tarczyńscy przyszli z jakąś bardzo ważną sprawą.
- Przepraszamy za niezapowiedziane najście, ale mamy bardzo 
ważną sprawę, właściwie to niezwykle ważną sprawę - zakomunikował bez ogródek pan Wit.
- Rozumiem przyjaciele - poważnie odparł pan Włodzimierz i wskazał miejsca by usiedli - zaraz będzie kawa to porozmawiamy sobie, dobrze ? - i uśmiechnął się. 
21 kwiecień 2008
          cd.         H I S T O R I I

Zegar wybijał godzinę ósmą, gdy Max wychodził ze swojego pokoju. Szedł na śniadanie. Po drodze witał się z Gośćmi pensjonatu, zamieniał po kilka zdań grzecznościowych na temat ładnego dnia, dobrego humoru czy wczorajszego kuligu. Goście byli zadowoleni i obiecywali, że będą przyjeżdżać na kolejne turnusy, że będą opowiadać znajomym o pensjonacie, o kuligu i wspaniałych gospodarzach. Ogólnie nastrój dopisywał każdemu. Życząc sobie smacznego wszyscy rozeszli się do swoich stolików. Max wchodząc do jadalni zauważył Sonię siedzącą na swoim miejscu, spotkali się wzrokiem, kiwnął na powitanie głową i dał znać ręką, że później do niej podejdzie. Skierował się do stolika, gdzie starsi państwo Tarczyńscy siedzieli już i oddawali się przyjemności jedzenia.
- Witajcie Babciu, Dziadku ! - powiedział i pocałował w policzek panią Jutę, a z Dziadkiem podali sobie po męsku dłonie. 
- Wyspałeś się kochańciu ? - spytała pani Juta z troską w głosie i uważnie spojrzała na wnuka.
- I tak i nie - odpowiedział Max, nalewając sobie herbaty do kubka.
- Wiecie, śnił mi się dzisiejszej nocy Tato - poinformował dziadków młodzieniec. Powiedział to tak zdecydowanie, że oboje o mało nie upuścili sztućców z rąk. Spojrzeli na wnuka z niedowierzaniem i zaskoczeniem. Wiele lat minęło od tragicznych zdarzeń, znali też swojego wnuka na tyle, że uwierzyli od razu, że to prawda. Zresztą Max powiedział to zdanie śmiertelnie poważnie.
- Czy opowiesz nam swój sen ? - zapytał tym razem pan Wit.
- Tak opowiem, ale nie tutaj. To za poważna sprawa, by o niej tutaj rozmawiać. Jeżeli się zgodzicie, to po śniadaniu spotkamy się
 u was w pokoju. Powiem tylko Soni, że spotkam się z nią później, dobrze ? - powiedział Max.
- Dobrze synu, będzie jak mówisz - odparł pan Wit i stało się tak jak uzgodnili. Spokojnie zjedli śniadanie, po czym Max oddalił się w kierunku Soni. Starsi państwo zaś udali się do swojego pokoju. Pani Juta zdążyła przygotować kawę dla całej trójki i postawić tacę na małym stoliku, gdy w drzwiach pokoju stanął Max.

Wszedł do pokoju, zamknął za sobą drzwi i zatrzymał się przy oknie. Stojąc i patrząc na dziadków zastanawiał się od czego ma zacząć. Pani Juta odgadła jego myśli.
- Proponuję byś zaczął od początku, dobrze chłopcze ?
- Ten początek zaczyna się w dniu zejścia lawiny, ale ja zacznę od końca, od dzisiejszego snu. Tato przyśnił mi się po wielu latach przerwy, o czym wiecie, inaczej opowiedziałbym wam o tym. W śnie powiedział mi, że Ona przyjedzie do mnie. Powiedział tylko tyle, ale takim zdecydowanym tonem, że odniosłem wrażenie, że zdarzyć się to może teraz, właściwie w każdej chwili, w ciągu kilku godzin lub kilku dni. Powiedział jeszcze, żebym o tym nie zapomniał. Zrobiło to na mnie wrażenie, obudziłem się około trzeciej trzydzieści i potem już nie spałem bo nie mogłem. Wszystko mi się przypomniało, myślałem o tym i myślałem i nic nie wymyśliłem. W końcu zdecydowałem się opowiedzieć wam o tym śnie i porozmawiać. Może razem dojdziemy do jakichś wniosków. Razem -  Max skończył mówić. Widać było, że to co powiedział zrobiło ogromne wrażenie na starszych ludziach. Miny mieli bardzo poważne. 
- Mówisz nam, że Ojciec twój powiedział ci we śnie, że Ona do ciebie przyjedzie ? - zdecydował się na przerwanie ciszy jaka panowała, pan Wit.
- Tak Dziadku. Tak mi powiedział i jeszcze żebym o tym nie zapomniał. Powtarzał kilka razy te słowa. Nie zdążył już powiedzieć kto ma przyjechać bo zniknął. A ja głupi nie chciałem rozmawiać na początku, bo spać mi się chciało. Zmarnowałem tylko czas - denerwował się Max.
- Spokojnie, spokojnie synku. Musimy się teraz zastanowić o co chodzi. Powtarzam, spokojnie zastanowić - zwróciła się do obu panów pani Juta.
- Łatwo ci mówić Babciu, gdy nie wiemy nad czym tu rozprawiać !  I wiecie co, jak tak nie mogłem spać to bardzo dziwna myśl przyszła mi do głowy o Mamie, że może nie jest tak, jak myślimy że jest. Co sądzicie o tym ? - cicho spytał młody człowiek.

20 kwiecień 2008
            cd.        H I S T O R I I

Było jeszcze ciemno, spojrzał na zegarek, trzecia trzydzieści. Wstał i nalał sobie szklankę wody, wypił duszkiem do końca, wszystko i jeszcze raz nalał tyle samo. Wypił. Trzeźwiejszym wzrokiem spojrzał przez okno, nic, cisza, wszyscy jeszcze śpią. Wciągnął powietrze w płuca najgłębiej jak tylko potrafił i bardzo wolno wypuszczał na zewnątrz, jeszcze raz i jeszcze raz. Myślał. Dlaczego Ojciec przyśnił mu się właśnie teraz, po tylu latach ? Czy coś się dzieje o czym on nie ma pojęcia ?  Nie znam się przecież na snach, ale ten był taki wyrazisty, co oznacza ?  Ojciec śnił mu się ostatni raz jak był jeszcze małym chłopcem, obiecał znaleźć Mamę, czyżby ją znalazł ?  Ale przecież to niemożliwe. Wtedy jak był mały wierzył Ojcu z całego swojego małego serduszka, czekał każdej nocy by przyszli oboje do niego. Czekał i czekał. I nie doczekał się. Ile razy wtedy płakał w poduszkę i wyrażał jej swój żal dziecięcy. Ile razy modlił się do sufitu, by pokazał mu znowu rodziców, ile razy !  Wiedzą to tylko sufit i poduszka. Nikt więcej. Nikt. Nie próbował o tym mówić ani Babci ani Dziadkowi, mieli przecież tyle zajęć, i opiekowali się nim, małym chłopcem, który stawał się coraz większy i zaczął sprawiać coraz większe kłopoty. Tak naprawdę to nikt nie wiedział, dlaczego sprawiał te kłopoty. Nikt nie chciał rozmawiać o tym z dorastającym chłopcem. Dorośli mają ciągle coś do załatwienia, mało czasu, swoje sprawy, których nigdy nie ma końca. Ciągle są zalatani. Nie zauważają, że taki mały chłopiec bez Mamy i Taty, też ma swoje problemy. Pewnie, że chciałby o nich porozmawiać, ale oni nie chcą. Później Maxiu, później - ciągle gadali. Dziadek albo Babcia na okrągło chodzili do szkoły odkręcać jego wybryki. Ile to razy było ?  Trudno zliczyć, ale odkręcali. Zawsze jakoś dawało się odkręcić. Żeby chociaż chcieli porozmawiać o tym, dlaczego rozrabia, dlaczego bije się z innymi dziećmi, dlaczego to, dlaczego tamto. Ale nie, smutno kiwali głowami, przytulali go do serca i całowali w czoło. I nic, nic więcej, żadnej kary, nigdy. Nie rozumiał, dlaczego zawsze mu się upiekło. Z czasem przyzwyczaił się, a nawet był pewny, że kiedy znowu narozrabia to nic nie będzie.

Max westchnął. Spojrzał na zegarek. Czwarta. Ale ten czas wolno leci. Spojrzał w niebo i zauważył, że tu i ówdzie pokazują się na nim delikatne różowe przejaśnienia. Zauważył, że głęboka i ciemna czerń nocy przełamuje się i zapowiada kolejny piękny dzień. Tak, kolejny dzień, a ja dalej nic nie wiem !  Kiedyś Dziadek i Babcia opowiadali jak szukano Mamy po zejściu tej przeklętej lawiny, długo jej szukali i nie znaleźli. Daleko od miejsca, gdzie przypuszczano, że mogłaby być znaleziono tylko kawałek kijka, jedną rękawiczkę i kilka innych drobiazgów. Samej Mamy nigdy nie znaleziono, właściwie to pochowano jej rzeczy, które po niej zostały, a Maxiu wierzył zawsze, że do niego wróci. Tak obiecał Tata. I nagle była cisza, przestał mu się śnić, nie przychodził już więcej do niego, a z małego Maxia przez ten czas zrobił się dorosły młody mężczyzna, po studiach, realnie patrzący na życie, ale gdzieś tam w głębi serca mający wieczną nadzieję, że coś się zdarzy, że coś się wreszcie wyjaśni. Westchnął kolejny raz tego poranka. Co ma znaczyć ten sen, te słowa Ojca, że Ona przyjdzie, jaka Ona ?  Jakaś myśl zatliła się nagle w głowie, ale nie, to niemożliwe, to by było za piękne, nie, nie, nie !  Kręcąc głową zaczął się przechadzać po pokoju w tę i z powrotem, w tę i z powrotem, a myśl jak natrętna mucha ciągle wracała, uczepiła się i nie dawała za wygraną. To niemożliwe, to po prostu niemożliwe i już. Max zdenerwował się tą myślą, postanowił wziąć zimny prysznic, może on go otrzeźwi. Stał długo pod cieknącą wodą, stał i stał, myślał i myślał, a woda ciekła na niego i ciekła. Oprzytomniał dopiero jak poczuł przenikliwe zimno, które wdzierało się w każdy zakamarek ciała,  w każdą najmniejszą komórkę, zimno świdrowało go wręcz na wskroś. Wyszedł szybko spod prysznica, wytarł się dokładnie ręcznikiem, opatulił ciepłym kąpielowym szlafrokiem i zrobił sobie gorącej herbaty z cytryną. Usiadł w fotelu z gorącym kubkiem w dłoniach i znowu zamyślił się. 
- Tak - powiedział po chwili sam do siebie na głos - tak, teraz trzeba porozmawiać z Babcią i Dziadkiem.
17 kwiecień 2008
            cd.        H I S T O R I I

- No i co Soniu ?  Chyba nie tchórzysz, co ? - wesoło zagadał dziewczynę Max, widząc, że przestraszyła się tak szybką i rzeczową reakcją obu starszych panów.
- Dzwonisz do rodziców. To postanowione, tak ? - upewniał się jeszcze zaglądając Soni w wielkie i zdziwione oczy.
- Czy Pan naprawdę mówi to poważnie ? - zwróciła się do pana Włodzimierza - czy moi rodzice mogliby tu przyjechać na kilka dni ? - wyjąkała wreszcie Sonia.
- Tak moja droga Damo, mówię zupełnie poważnie. Jutro zorientuję się co i jak i dam ci znać, dobrze ? - potwierdził pan Włodzimierz.
- Nie wiem czym sobie zasłużyłam na takie względy, ale bardzo Panu dziękuję, dziękuję wszystkim Państwu, że jesteście tacy mili dla mnie . Nie wiem co dalej powiedzieć - mówiąc to spojrzała na Maxa. A Max jak to Max, roześmiał się szeroko od ucha do ucha. 
- Dziewczyno, jesteś naszym oczkiem w głowie. Wydaje mi się, że wszyscy polubiliśmy cię od pierwszego wejrzenia i chyba z wzajemnością, czy tak ? - przyjaciele patrzyli teraz na Sonię i czekali na potwierdzenie słów Maxa. 
- Oj tak, muszę przyznać, że polubiłam Państwa od początku jak tylko poznaliśmy się - powiedziała Sonia z wrodzoną skromnością i z wdziękiem opuściła wzrok.
- No, moi kochani, z przykrością was zawiadamiam, że dojeżdżamy do pensjonatu. Wszystko co dobre, szybko się kończy niestety - pokiwał głową pan Włodzimierz.
- Rzeczywiście szkoda, że ten wspaniały wieczór zakończył się. Ale przecież to dopiero początek turnusu i dużo pięknych niespodzianek jest jeszcze przed nami - powiedziała pani Grażyna wesoło.
- Dobrze mówisz moja droga przyjaciółko - odezwała się pani Juta - mamy jeszcze wiele pięknych dni przed sobą. Oby tylko pogoda nam dopisała a reszta się ułoży.
Sanie ciągnione przez konie zajechały na podjazd pensjonatu. Goście udawali się do swoich pokoi. Nasi bohaterowie życząc sobie dobrej nocy też udawali się na spoczynek. Max odprowadził Sonię pod same drzwi jej pokoju.

- Maxiu !  Obudź się, obudź się, słyszysz ! - głos z oddali wołał chłopca. Co to za głos ?  Skąd ja go znam ? - myślał Max i jakoś trudno mu było skupić myśli.
- Maxiu !  Synku, obudź się szybko, nie mamy czasu, obudź się - rozkazywał ten sam głos.
- Nie chcę, nie przeszkadzaj, nie widzisz że śpię - bronił się Max.
- Obudź się, mamy ważną sprawę do omówienia, słyszysz - głos nie dawał za wygraną. Był natarczywy i rozkazujący.
- Obudź się, już ! - rozkaz padł tuż przy uchu Maxa.
Chłopak otworzył oczy, ale natychmiast je zamknął. Oślepiła go przeraźliwa jasność wciskająca się w najgłębsze zakamarki głowy i całego ciała. Po chwili jednak, lekko mrugając powiekami, otworzył oczy i zaczął wypatrywać osoby, która go wezwała. 
- Gdzie jesteś ? - zapytał w myślach Max.
- Nad tobą - usłyszał odpowiedź i od razu spojrzał we wskazanym kierunku. Zobaczył tylko głowę okoloną długimi białymi włosami. Przyjrzał się i od razu rozpoznał twarz.
- Tato !  Czy to ty ? - zapytał niedowierzająco.
- To ja synku, to ja - odpowiedziała głowa.
- Czy coś się stało, że mnie budzisz ? - zapytał Max.
- Tak stało się. Mam ważną informację dla ciebie i musisz jej wysłuchać, wiesz ! - mówiła głowa.
- Dobrze ! - zgodził się chłopak - a nie możemy porozmawiać później, kiedy indziej, strasznie chce mi się spać - narzekał.
- Nie, to nie może czekać synku. Obudź się i wysłuchaj mnie dobrze ! - prosiła głowa.
- W porządku, mów Tato co masz powiedzieć. Słucham cię - powiedział zrezygnowany Max.
- Maxiu !  Ona do ciebie przyjedzie, wiesz ! - głos zaczął się oddalać, niknąć, zamienił się w szept.
- Synku !  Ona do ciebie przyjedzie, pamiętaj co ci powiedziałem. Nie zapomnij, nie zapomnij . . . . .   nie  zapomnij . . . . . . . . !
I zniknął. Głos oddalił się i zniknął. Głowa też zniknęła. Została tylko duża biała chmurka w kształcie głowy, ale i ona po chwili zniknęła. 
- Tato !  Nie odchodź !  Powiedz kto ma mnie odwiedzić !  Tato  !   Tato  !  Nie odchodź . . . . . . .  Max poczuł, że lecą mu łzy po twarzy, zdał sobie sprawę, że może tak krzyczeć, ale głowa i tak nie wróci, nie wróci . . . . . .
- Tato !  -  krzyknął ostatni raz i usiadł na łóżku. 
16 kwiecień 2008
            cd.      H I S T OR I I

- I co ? - Max zwrócił się do Soni - wujostwo znowu przeszli samych siebie. Za każdym razem zaskakują nowym pomysłem. Ooo !  Widzisz, teraz kolory przybierają kształt gór, a tam zachodzi słońce. Nie wiem jak to robią ci specjaliści, ale wszystko układa się w obrazy. Patrz teraz, są gwiazdy i księżyc, wszystko wygląda jak prawdziwe. Wuj Włodzimierz ściąga tych speców aż ze Szwecji, co roku są ci sami ludzie, ale co roku przygotowują inne obrazy. Nigdy nie mogę się napatrzyć, wiesz !  
Max i Sonia stali obok siebie z zadartymi do góry głowami i obserwowali ten piękny spektakl. Max od czasu do czasu coś jeszcze powiedział, a Sonia patrzyła i słuchała nie odzywając się. Resztę towarzystwa też jakby zaczarował widok pięknego przedstawienia. Wszyscy stali z głowami podniesionymi do góry i co jakiś czas wyrażali swój zachwyt. Całe przedstawienie trwało około 45 minut. Na polanie dalej płonęło ognisko, polana i gałęzie trzaskały w ogniu sypiąc co chwila ogniste skry. Było bardzo przyjemnie, ludziom nie chciało się wracać do pensjonatów. Co niektórzy piekli ostatnie kiełbaski, wrzucali w popiół pojedyncze kartofle, by potem parząć sobie palce, wybierać z żaru i ze śmiechem i smakiem jeść je, inni dopijali resztki herbaty góralskiej. Wszyscy byli zadowoleni, zapomnieli o świecie, tak, jakby nie istniał dla nich w tej chwili. Była polana, było ognisko, piękne sztuczne ognie, dobre jedzenie i wspaniały nastrój. Niestety, trzeba było zakończyć te miłe chwile. Pan Włodzimierz z panią Grażyną podchodzili do swoich Gości i informowali ich o godzinie powrotu, i tak jak się spodziewali, nikomu nie chciało się wracać do rzeczywistości. Jednak trzeba było dopilnować wszystkiego do końca, by wszyscy bezpiecznie wrócili do miejsc zamieszkania, by na polanie został porządek a szczególnie porządnie wygaszone ognisko.

Wszyscy bez wyjątku wzięli się więc za sprzątanie polany, składanie stołów i ław, zbieranie papierowych kubków i tacek do specjalnych worków na śmieci. Pan Włodzimierz kontrolnie obszedł polanę i jako ostatni zbliżał się do miejsca, gdzie czekały sanie i parskające niecierpliwe konie gotowe do powrotu. Tu i ówdzie słychać był świst bata, co znaczyło, że sanie gotowe są by ruszać. Pan Włodzimierz stanął, odwrócił się w kierunku pierwszych sań i ręką dał znak że mogą ruszać. Tak się też stało. Widać było, że niektórym żal było odjeżdżać z polany, bo odwracali głowy i ostatnim spojrzeniem żegnali się z tym uroczym miejscem, jakby chcieli powiedzieć, że za rok znowu tu przyjadą. Sonia też odwróciła głowę i tęsknym spojrzeniem ogarnęła oddalającą się polanę. Obiecała sobie, że będzie tu wracać i zrozumiała, że na tej polanie zostawia kawałek serca. Już wie, że to będzie jej miejsce. Pomyślała sobie ,że dobrze by było,  gdyby też rodzice mogli tu przyjechać, pobyć trochę i odpocząć. A może zadzwoni do nich żeby przyjechali, fajnie by było.
- Soniu, co się tak zamyśliłaś ? - jej rozmyślania przerwał pan Wit - jesteś taka milcząca.
- Eee to nic, tylko myślałam sobie teraz, że mogliby tu teraz być moi rodzice, napewno też dobrze by się bawili i mogli by odpocząć trochę, bo ostatno strasznie dużo oboje pracują - westchnęła Sonia w odpowiedzi.
- A czy twoi rodzice mogliby teraz zrobić sobie kilka dni wolnego ? - dopytywał dalej pan Wit.
- Musiałabym zadzwonić i zapytać ich o to - odpowiedziała Sonia.
- Włodzimierzu !  Czy możemy coś na to poradzić ?  Znalazłbyś jeden wolny pokój dla rodziców Soni ?  Oczywiście gdyby mogli przyjechać - pan Wit zwrócił się do przyjaciela.
- Podejrzewam, że coś by się znalazło, ale muszę się jutro upewnić. Czy możemy to odłożyć do jutra ? - odpowiedział pytaniem na pytanie pan Włodzimierz.
Sonię zatkało. Zrobiła tylko ogromne oczy i nie wiedziała co na to powidzieć. Kawalkada sań zbliżała się do pensjonatu.
08 kwiecień 2008
              cd.        H I S T O R I I

- Kochańciu, nie przypomina ci coś ten widok ? - pan Wit trącił małżonkę w ramię i ruchem głowy wskazał na Maxa i Sonię. Pani Juta spojrzała we wskazanym kierunku i zobaczyła uroczy obrazek. Zastanowiła się chwilę i pamięć wróciła. Pamięć sprzed lat. Obrazek był podobny, ale otoczenie inne, reszta ta sama. Oto dwoje młodych ludzi siedzi sobie na ławie, coś tam pałaszują ze smakiem i są tak zagadani, że nie zwracają uwagi na to, co obok się dzieje. Tamtych dwoje sprzed lat to dziś para starszych i doświadczonych życiem ludzi, ci młodzi, tutaj przy ognisku, wszystko mają przed sobą. Tak dobrze się bawią, tak są sobą zajęci, że nie zauważają nawet, że są obiektem czyjegoś zainteresowania. 
- Tak mój drogi, masz rację, nasza znajomość zaczęła się podobnie. Świata za sobą nie widzieliśmy i wydaje się, że tych dwoje jest na dobrej drodze do dobrego życia. Ciekawa jestem, czy coś z tego będzie ? - pokiwała głową pani Juta.
- Włodzimierzu, Grażynko !  Popatrzcie no, na nasze dwa młode gołąbki, tak są sobą zajęte, że nie zwracają uwagi na resztę Świata - zwróciła się pani Juta do przyjaciół.
- Piękna z nich para - powiedziała pani Grażyna.
- Oj tak - westchnął pan Włodzimierz - jak to życie nam szybko przeleciało. Po młodych widać jak ten czas leci. Dopiero co Maxiu szedł do szkoły, a teraz za panienkami się ogląda. A pamiętacie jak to było za naszych czasów ? - zapytał.
- No cóż - wtrącił pan Wit - młodzież dzisiaj te sprawy szybko załatwia. Jedna rozmowa i po wszystkim. Ale co ja się nachodziłem do ciebie moja droga, to się nachodziłem, prawda ? - pocałował w policzek żonę.
- Pamiętam - roześmiała się pani Juta - niestety, nasze czasy były inne, i rodziców mieliśmy innych. Trzeba było zachowywać się bo ludzie plotkowali.
- A pamiętasz Jutko, jak oszukiwałyśmy rodziców, że niby idziemy do kina, a było zupełnie inaczej ? - podchwyciła pani Grażyna.
- Pamiętacie kochani, mieliśmy swoją polanę gdzie mogliśmy się spotykać. To były piękne czasy - rozmarzył się pan Włodzimierz.
Czwórka naszych przyjaciół zaczęła wspominać. Nie mieli lekko w życiu, ale młodość i radość życia rekompensowały im trudności, jakie napotykali na swych drogach.

Czas jakby zatrzymał się na tej pięknej polanie. Mrok otulił ludzi, drzewa, świat. Ognisko paliło się wysokim pięknym płomieniem, dawało przyjemne ciepło, które grzało ludzi zgromadzonych wokół niego. Uczestnicy kuligu podzielili się na małe grupki i zajęci sobą nie zauważali, że jednak czas płynie. Pan Włodzimierz spojrzał na zegarek.
- Już czas - powiedział do żony.
- Już ? - zdziwiła się pani Grażyna - już jest dwunasta ?
- Tak moja droga, już dwunasta. Musimy cichutko i niepostrzeżenie podejść do stołów z niespodzianką. Chodźmy - zwrócił się też i do przyjaciół. Cała czwórka powoli i spokojnie przemieściła się do wskazanego miejsca. Przy stołach byli już pracownicy pana Włodzimierza i dyskretnie przygotowywali się do zaskoczenia uczestników kuligu. Cicho rozmawiając między sobą, rozstawiali co trzeba i układali wszystko co trzeba tak, by nic nie zakłóciło tego najważniejszego wydarzenia. Gdy było dokładnie  15 minut po dwunastej, pan Włodzimierz dał znak i . . . . . . .  nagle rozległ się huk, a potem drugi, trzeci, piąty i kolejne. Wszyscy goście przerwali rozmowy, zaskoczeni niespodziewanym hałasem. Spojrzeli w kierunku skąd dochodził huk i nagle ich oczom ukazał się piękny widok na tle nieba. Tak, to były sztuczne ognie, ale jakie. Czegoś takiego Sonia w życiu nie widziała. Pełno kolorowych gwiazdek, ułożonych w cudne wzory wystrzeliwało do góry, by potem opadać na wszystkich podziwiających ten spektakl. Sonia miała wrażenie, że całe niebo kolorowych gwiazd zawisło tuż nad nią. Wystarczyło wspiąć się na palce i sięgnąć ręką. Było to niesamowite uczucie. Było to cudowne i piękne uczucie. Pan Włodzimierz dumny z siebie obserwował reakcję zaskoczonych gości. A goście, rzeczywiście byli zaskoczeni, śmiali się jak dzieci i udawali, że chwytają w swoje ręce gwiazdki spadające z nieba. 
Trzeba przyznać, że Włodzimierz Wirski-Szczęsny i jego żona Grażyna, właściciele pensjonatu HISTORIA, umieli się bawić, umieli włączyć do swojej zabawy wszystkich, którzy byli chętni do niej dołączyć. Nigdy nie zdarzyło się tak, by niespodzianka się nie udała. A udaje się dlatego, ponieważ pan Włodzimierz zmienia co roku godzinę rozpoczęcia spektaklu ze sztucznymi ogniami w roli głównej. Nikt nigdy nie wiedział kiedy ma się zacząć przedstawienie. Zawsze to była tajemnica. 
06 kwiecień 2008
            cd.       H I S T O R I I

Sonia czuła, że ten cudowny nastrój udziela się i jej. Czuła, że to ta chwila, że to jedna z takich chwil, o których się nie zapomina. Wiele razy była na różnych wycieczkach, różnych wyprawach i była w wielu różnych miejscach, ale wtedy była zawsze z rodzicami. Teraz to co innego. Teraz jest sama, nie ma rodziców w pobliżu, którzy zawsze czujnym wzrokiem trzymali kontrolę nad nią jak nad pisklęciem. Już nie jest pisklęciem, jest dorosła, jest maturzystką, jest przyszłą studentką, jest tu sama, jest wolna i może robić co chce. Ale jest dobrze wychowana i nie przyniesie rodzicom wstydu, wie jak trzeba się zachowywać w takich momentach. Po prostu trzeba się pilnować, bo pokusy tylko czyhają by cię dorwać i namawiać do złego - jak to często przestrzegał Tatko. Uśmiechnęła się do siebie na myśl o rodzicach. Złapała się na tym, że myśli iż dobrze by było, gdyby byli tu razem z nią. Błysnęła jej myśl by zadzwonić, niech przyjadą do tego cudownego miejsca, niech poznają tych cudownych ludzi, i niech się też tak cudownie bawią, jak ona się bawi. No no, co za myśli kręcą się po głowie, a tak się wyrywała z domu by być samą w Świecie, a tu co, czyżby córeczka tęskniła za rodzicami ?  Nie, to nie tak, po prostu jest tak fajnie, że chciałaby, by też spędzili miło czas tak, jak ona spędza, to wszystko - tłumaczyła się sama przed sobą w myślach, Sonia. Wzrok jej powędrował po polanie, po ludziach, po nowych znajomych, wzrok rejestrował atmosferę i szczegóły i wszystko układało się w całość, w bardzo miłą całość. 
Sonię dopadła bardzo odważna myśl, że mogłaby tu być, mogłaby tu nawet mieszkać. Studiować można wszędzie, hmm, ciekawe co rodzice by powiedzieli na takie plany ?  Sonię dopadła jeszcze jedna myśl, że dzieją się tu jakieś czary, skoro bierze pod uwagę rzeczy, o których wcześniej nigdy by nie pomyślała.

- Soniu !  Co tak stoisz jak słup soli ? - usłyszała głos Maxa tuż przy uchu. Że też musiał przerwać tak magiczną chwilę - pomyślała Sonia i trochę się rozzłościła na niego, ale nie za bardzo, z uśmiechem przyjęła patyk z kiełbaską, który jej przyniósł i już oboje podeszli bliżej do ogniska, by upiec swoje patykowe porcje. Miłe ciepło rozlało się po całym ciele dziewczyny, była zadowolona że Max jest obok, że niedaleko są inni mili ludzie i poczuła się jeszcze inaczej, tak doroślej. Ta nastolatka, która była jeszcze przed chwilą, gdzieś znikła, a na jej miejscu została dziewczyna, która już inaczej odbiera cenne minuty życia. Ja dorosłam, właśnie teraz, tutaj na tej polanie, przy tym ognisku, wśród tych wspaniałych ludzi. Mamo, Tato !  Jestem dorosła, już nie musicie się martwić o mnie bo sama zadbam i przypilnuję by wszystko było w porządku. Jestem szczęśliwa, nawet bardzo, i dziękuję że pozwoliliście mi samej wyruszyć w ten cudowny Świat, poznawać go i smakować go po mojemu, po mojemu, po mojemu . . . . !  - myśli kłębiły się teraz w głowie Soni, tłoczyły i napierały na czaszkę, chciały wyjść na zewnątrz i ukazać się całemu Światu. Sonia właśnie w tej chwili chciała wykrzyczeć wszystko tym ludziom, tym drzewom, niebu i gwiazdom, że jest dorosła, że jest wolna, swobodna i że czuje się tak, jakby się na nowo urodziła. Ale nie zrobi tego, bo to jej tajemnica. Tę chwilę ubierze w słowa i datę, i wpisze w odpowiednie miejsce, tajemne miejsce, o którym nikt nie wie. NIKT.  Ciepło ogniska roztańczyło się na dobre w Soni, czuła przypływ temperatury i energii. Zauważyła też, że kiełbaska się upiekła, pokazała ją Maxowi i z uśmiechem pokazała palcem na stoły. Chłopak w mig zrozumiał o co chodzi. Chleb i musztarda. Poleciał jak na skrzydłach po brakujące rzeczy, a Sonia w tym czasie przemieściła się, niedaleko były ławy do siedzenia, tam czekała na Maxa. Przybiegł niebawem, rozłożył małe papierowe tacki z zawartością na ławie i z zadowoleniem oboje zabrali się do konsumowania. Tworzyli ładną parę, nawet piękną parę, pomyślał sobie ktoś, kto obserwował młodych z pewnej odległości. Był to pan Wit, dziadek chłopaka.












Statystyki
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
 
33112
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
 
1190
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
 
28
O mnie
polonka54
Szczecin
Słówko o mnie
Witam serdecznie każdego Gościa. Mam na imię Aśka. Na moim Blogu poruszam różne tematy. Czasami trudne, czasami łatwe. Zapraszam do dyskusji.
Zobacz mój profil
Księga gości
 








Zobacz serwisy INTERIA.PL